remigiusz-grzela blog

Twój nowy blog

Zapraszam na spektakle „Błękitny diabeł” do Teatru Dramatycznego w Warszawie, 4 marca i do Teatru im. Słowackiego w Krakowie 25 marca.

Zapraszam też pod nowy, przytulny adres:
remigiusz-grzela.bloog.pl

Ten blog już za kilka dni pod nowym adresem remigiusz-grzela.bloog.pl
Wpadłem tylko, żeby wkleić kilka zdjęć ze spektaklu „Błękitny diabeł” czyli Jubileuszu pani Barbary Krafftówny. Najbliższy spektakl 20 listopada o godz. 19.00 w Teatrze Narodowym w Warszawie.

jpg.html?b=j00028310.jpgjpg.html?b=j00028311.jpgjpg.html?b=j00028312.jpgjpg.html?b=j00028318.jpgjpg.html?b=j00028321.jpgjpg.html?b=j00028322.jpgjpg.html?b=j00028323.jpgjpg.html?b=j00028324.jpgjpg.html?b=j00028326.jpgjpg.html?b=j00028306.jpg

nowy adres bloga

2 komentarzy

Mój blog z początkiem listopada przenosi się pod nowy adres. Zapraszam na

remigiusz-grzela.bloog.pl

PS W dziale linki, odnośnik do strony internetowej Zofii Czerwińskiej. Bardzo wszystkim polecam.

Pozostałe zaproszenia:

„Uwaga – złe psy!”, Gdańsk, Teatr Miniatura, 20 października godz. 21.00

„Uwaga – złe psy!”, Warszawa, Teatr Narodowy, 21 października godz. 19.00

„Błękitny diabeł. Jubileusz Barbary Krafftówny” – Gdynia, Teatr Muzyczny, 24 października godz. 19.00; Warszawa – Teatr Narodowy, 20 listopada, godz. 19.00.

Po raz pierwszy, świadomie, zrobiłem sobie urlop od bloga. To prawda, nie miałem specjalnie czasu, ale nie w tym rzecz. Chciałem się zdystansować, przemyśleć. Jestem. Zaczęła się piękna jesień. Jest słonecznie. Filiżanka cappucino w kawiarnianych ogródkach. Jeszcze kilka dni temu byłem w Rzymie, po raz pierwszy. Cudowne miasto, kolorowe, otwarte, stare. Czas jakby stanął w miejscu. I nagle, w moim odczuciu, wszyscy mają czas. Parkują swoje skutery i motory przed kawiarniami, witają się z przyjaciółmi, właścicielami lokali, mówią, mówią, śmieją się. Właścicielka restauracji pokazuje bliznę na szyi. Chodźcie do środka, będzie padać. Czuję to, bo mam bliznę. Siedzimy na zewnątrz. Z Laurą, Olkiem – jej mężem, ich przyjaciółmi – włoskimi slawistami, którzy z serca i z wyboru są Polakami. Spotykam ich po raz pierwszy, ale jakbyśmy się znali długo. Żadnego dystansu. Rozmawiamy o Polsce. Komentarze są smutne, nieoptymistyczne. Przywiozłem od Bliklego piernik herbaciany w prezencie dla Laury. Podałem przed spotkaniem. Właścicielka już przynosi nam talerzyki do ciasta. Częstujemy ją kawałkiem. I nikt się nie dziwi i nikt nie krzyczy, że do kawiarni ze swoim deserem. Uśmiech. Pijemy grappę. Zaczyna padać. Kelner rozkłada nad naszym stolikiem ogromny parasol. Deszcze nie ustaje. W końcu decydujemy się wejść do środka. Właścicielka wita nas otwartymi ramionami. A mówiła, mówiłam, że będzie padać. Wiem przez bliznę! Wita nas jak wielka kura witająca swoje kurczątka.
Pojechałem na zaproszenie fundacji CracovItalia. Na uniwersytecie La Sapienza, na Wydziale Sztuki i Nauki o Teatrze prezentuję swoje sztuki. Tłumaczka „Naznaczonych” na włoski mówi o moim tekście. Olek czyta fragmenty. Porusza mnie, kiedy czyta spokojnie, cicho, prawie szeptem. Przez omal dwie godziny mamy całkowite skupienie. Potem idziemy na kawę. Włoszka w średnim wieku, uczestniczka naszego spotkania, opowiada o tym, jak bardzo zmieniła się dusza Włochów. Globalizacja przywiodła do Włoch model szczupłej kobiety. A przecież włoscy mężczyźni zawsze widzieli w swoich kobietach mamę. Kobiety z filmów Felliniego, Sophia Loren, Gina Lolobrigida. Wycięte kształty. La Mama. Włoska kobieta miała być kształtna, krągła, w fartuszku, z gromadką dzieci, nad garnkiem spagetti, ale miała też umieć ten fartuszek zrzucić, być odrobinę wulgarną i świetną kochanką. Miłość to również jedzenie i seks – opowiada ta pani. Jedzenie to rozmowa. Jedzenie to pasja. A bez jedzenia wszystko smutne i chude. Włoski mężczyzna utracił w kobiecie swoją matkę i kochankę. Ucząc się mody poszedł za kobietami zgrabnymi i młodymi. Młodość stała się wyznacznikiem, królem życia. Starość schowała się w domach. Tak upadł we Włoszech kult starości, szacunek dla niej. Globalizacja zmusiła też Włochów do podejmowania kolejnych zobowiązań, dodatkowej pracy. Kredyty, które trzeba spłacić, domy, które trzeba utrzymać. A przecież Włosi to byli esteci. Elegancka koszula, uśmiech od ucha do ucha, włosy na żel. Dzisiaj ten uśmiech – tłumaczy dalej kobieta – jest u nich niejako przyklejony, on im został, ale w środku są smutni, gonią, są zagubieni. Gdzieś, podświadomie szukają swoich kobiet, tych kobiet z Felliniego, ale ich nie ma. Dla nas, kobiet – tłumaczy pani – ten ich smutek w oczach jest przerażający. Dzisiaj Fellini pewnie nie nakręciłby we Włoszech żadnego filmu. Straciliśmy tożsamość – spuentowała wypijając kolejną filiżankę cappucino.
Olek zabiera mnie na Zatybrze. Wrócimy do tej rozmowy. Miłego dnia.

Wczoraj zmarła Oriana Fallaci. Jej teksty były blisko. Cytowałem je tutaj, cytowałem na zajęciach ze studentami. Była dla mnie ważna, mimo że nie podzielałem większości jej poglądów. Ale umiała krzyknąć. A ten krzyk wywoływał burzę, doprowadzał do dyskusji. Być może była jedną z najbardziej opiniotwórczych intelektualistek. Wczoraj media cytowały wypowiedzi Lecha Wałęsy, z którym rozmawiała. Nie cytowały jednak jej opinii o tej rozmowie. A szkoda. Ale z niewieloma rozmówcami umiała sympatyzować. Właściwie rozmawiała z nimi po to, aby z czegoś rozliczyć, szczytem już jej rozmowa z Kissingerem. Mam nadzieję, że w Polsce ukaże się kiedyś jej najważniejsza książka „Wywiad z historią”. Tam jest Oriana w najlepszej formie. Zanim zaczęła chorować, zanim zaczęła zaciekle walczyć z fundamentalizmem islamskim.
Każda z jej książek wywoływała we mnie poruszenie, sprzeciw, czasem bunt. Za to ją bardzo ceniłem. Że mimo swoich poglądów umiała przekonać do siebie samej, Oriany, bezkompromisowej dziennikarki, której megalomania upoważnia do pouczania świata. Ceniłem, że była taka inna i miała odwagę taka być.

W mojej pierwszej sztuce teatralnej „Na gałęzi” jedna z dwóch bohaterek inspirowana jest biografią Fallaci. Mówi u mnie: Pamiętam dzień, w którym przyszłam obejrzeć to mieszkanie. Wyjrzałam przez okno. Te światła, i ruch, wieczny ruch. Ani minuty spokoju, ani minuty wytchnienia. Tylko życie, życie, pęd, czyli wszystko na co sama nie mam odwagi. No, czas popracować. Biografia. Nie tak łatwo pisać swoją autobiografię. Przecież wiem ile będzie w niej prawdy. Nie należy pisać prawdy – nie dla prawdy ludzie kupują takie książki. Jak zacząć? Mówią, że pierwsze zdanie organizuje pracę pisarza. Mówią, że od pierwszego zdania zależy cała opowieść. Nigdy nie byłam mistrzem pierwszego zdania. Nie umiałam napisać pierwszego zdania. Zaczynałam od środka, od końca, jak popadło, a potem uzupełniałam, uzupełniałam, by później kreślić. Hm… „Wstaję o szóstej rano. Siadam do komputera. Piszę zazwyczaj do siódmej, ósmej wieczór. W tym czasie nie jem, nie piję, nie wypoczywam, wypalam pięćdziesiąt papierosów, mam mdłości, nie odbieram telefonów, nie otwieram drzwi. Kiedy kończę winię się za to, że za mało napisałam. Ostatnio piszę jeszcze mniej – jestem mniej wydajna. Już nie produkuję. Nie produkuję tyle, co dawniej. Natomiast obsesyjnie przepisuję. Zestarzałam się, pomarszczyłam. W dodatku jestem ciężko, nieuleczalnie chora. Możesz powiedzieć, że się zabijam. Nie mniej, niż choroba zabija mnie.” No, mocny kawałek. Póki jeszcze mam siłę na mocne kawałki. Boże, jak tu głucho.

fallaci_ny.jpg

Podobało mi się to, co o Fallaci powiedział Janusz Głowacki (cytuję za „Rzeczpospolitą”:
To był głos z „Titanica”, głos pojedynczy. Krzyk żalu i wściekłości – mówi Janusz Głowacki. Zdaniem pisarza jej twórczość to lament nad europejską miękkością, hipokryzją, tchórzostwem, poprawnością polityczną. A talent miała taki, że wystarczyłoby dla stu komentatorów prasy, radia i telewizji z Francji, Niemiec, a nawet z Polski – dodaje Głowacki.

suorianafallaci2.jpg

Teczki

1 komentarz

Cały dzień spędziłem w IPN. Czytanie setek donosów, poznawanie metod werbowania współpracowników, weryfikowanie agentów, podstawianie jednych, żeby sprawdzali innych. Oto traumatyczny przykład:

„K.R. jest córką kobiety skazanej w roku 1946 za szpiegostwo na karę dożywotniego więzienia i odbywającej karę w więzieniu w Fordonie. O matce jej wiadomo, że przed skazaniem była kochanką jakiegoś inżyniera, który kierował siatką szpiegowską w kraju i później uciekł podobno zagranicę. K.R. również skazana była na 4 lata więzienia za działalność wywiadowczą. Pod koniec odbywania kary została zwerbowana m.in. w celu wyjaśnienia bliższych szczegółów o owym kierowaniu siatki szpiegowskiej. W pierwszym okresie współpraca niczego konkretnego nie dała. Celem sprawdzenia jej podstawiono pod nią agenta ps. ‚Jur’. Zareżyserowano sytuację, w której K.R. otrzymała do doręczenia ‚grypsy’ z więzienia. Grypsy celowo dotyczyły spraw ‚ważnych’ – była w nich mowa o broni, o drodze przerzutowej itd. Okazało się, że K. ‚grypsy’ te dostarczyła adresatom i nie wspomniała o tym ani słowa w swych doniesieniach agencyjnych.”

Dalej można jeszcze przeczytać jak to agent „Jur” oplótł K.R. aż zaczęli ze sobą sypiać…

Donosy. Szare teczki. Mikrofilmy. Obsesje. Koszmar. Polska historia.

*

Od trzech tygodni trwają próby do „Błękitnego diabła”, monodramu, jaki napisałem na jubileusz pani Barbary Krafftówny. Reżyseruje Żuk Opalski, który opowiedział mi wczoraj o rezultacie prób. Jest podobno no… poruszająco, a pani Krafftówna wspaniała. I rozczulająca. Żuk opowiadał jak przywiozła taksówką do teatru obiad, obrus, zastawę stołową, widelce, widelczyki… Znaleźć się tam. Premiera 24 października.

Rozchorowałem się, chwyciło mnie ostre zaziębienie, od paru dni nie wychodzę z domu i czuję się w ogóle mocno półśrednio. Taki czas. Zaczynam dochodzić do siebie. Zauważam nawet, że mam jakieś samopoczucie, co znaczy, że od jutra biorę się za robotę. Muszę się mobilizować, bo za parę dni wylatuję do Rzymu, gdzie mam wystąpienie na Uniwersycie na temat swoich sztuk, głównie w kontekście włoskiego tłumaczenia „Naznaczonych”.

Obejrzałem wczoraj w teatrze telewizji „Małe zbrodnie małżeńskie” w reżyserii Krystyny Jandy. Uważam, że to ważny spektakl, świetnie zrealizowany. Krystyna Janda wydobyła z tekstu to, co jest „pod skórą”, dawkowała emocje, tak że z jednej strony spektakl był subtelny, z drugiej zimny, nawet sadystyczny. Dialog bohaterów, małżeństwa po przejściach, brzmi jak walka wrogów. Od początku ma się wrażenie, że chcą od siebie odejść, ale nigdy tego nie zrobią, bo łączy ich tylko (aż) wspomnienie ich pierwszego spotkania, po latach przez nich zmitologizowane. Pokazanie ich potrzeby zadawania bólu, rozbicia, zniszczenia wspólnego życia, zabicia przeszłości. Obrazy, niejako podglądanie tej rozmowy przez okno, przez ramię, powodują, że nagle znajdujemy się wewnątrz ich gry. Spektakl niepokojący i niepokojąco przewrotny, ze świetnymi rolami Krystyny Jandy i Jana Frycza. Cieszę się, że obejrzałem, bo nie znałem tego tekstu. A jego autor, Eric-Emmanuel Schmitt stał się w Polsce bardzo popularny.

Ten spektakl łączy się dla mnie z wierszem Janiny Katz, pisarki, z którą dla „Wysokich Obcasów” rozmawiała Katarzyna Bielas (publikacja z soboty).

Janina Katz

„Zdanie”

Zdanie wypowiedziane w gniewie
- wiele lat temu.
Było dwóch świadków.
Jeden umarł.
Teraz mamy tylko siebie
- powiedziało zdanie.

(tłumaczenie z duńskiego Bogusława Sochańska)

Wciąż one

1 komentarz
blog_348_1.jpgblog_348_2.jpgblog_347_1.jpgblog_347_2.jpgblog_349_1.jpgblog_350_1.jpgblog_350_2.jpg

Parę dni temu dostałem od Marty pocztą dwia tomiki wierszy Zbigniewa Joachimiaka. Czytam, smakuję. I przynajmniej jeden z wierszy muszę zamieścić. Bo wgryza się.

Zbigniew Joachimiak

„Anne Sexton z pomarańczą”

Anne Sexton siedzi w fotelu,
ma podkurczone nogi,
usta zaciśnięte myślą,
w rękach trzyma nadgryzioną pomarańczę.

Nagle spogląda na mnie i pyta:
Dlaczego nie czytasz jakiejś książki?
Myślałam, że kulturalny człowiek
każdą wolną chwilę spędza na lekturze.

Usta jej ponownie się zaciskają.
Po brodzie spływa kropelka soku.
Okrywa się szczelniej kocem
i sama odpowiada na postawione pytanie.

Nigdy nie czytałam książek,
nigdy nie byłam kulturalna,
książki zjadałam stronę po stronie
a papier stawał w gardle.

Plułam papierem, słowami, sylabami,
wymiotowałam nieprzeżutą tekturą okładek,
wpadałam w ekstazę myśląc,
że dusi, dławi, ciśnie mi się w gardle prawda.

Aż raz ugryzłam pewien owoc,
kwaśno-słodką nieobraną pomarańczę.
Wściekła wgryzałam się w jej wnętrze
i nagle poczułam gorzkie kamyczki.

I wtedy zrozumiałam: W książkach nie ma pestek
i choć szukałam przede wszystkim nasienia,
ze stron rodziły się tylko nowe strony,
a papier i tektura nie miały ani krzty wilgoci.

Teraz, od tamtego czasu, czytam tylko pomarańcze.
I nie stają mi w gardle słowa i sylaby.
Siedzę sobie na fotelu, mój kochany
i wybaczam ci, że nie czytasz książki.

1996

(z tomiku „Pestki, korale – słowa do nawlekania”, Bydgoszcz 1998)

A jednak zdołałem zamieścić zdjęcia z wczorajszego spektaklu. Dobrej nocy.

blog_345_1.jpgblog_345_2.jpgblog_346_1.jpgblog_346_2.jpg

  • RSS